”Do tańca trzeba dwojga” – krótka rozprawa autorska o przeszłej dobrej modzie, a współczesnej – strutej. O relacjach, które tworzą owe mody
Pracę swą rozpocznę od nieukształtowanej perełki, baroku.
Modę barocco widzę jako niecodzienną strojność, wyrazistość, połyskujące lica
i ciężkość w uniesieniu jej... w znaczeniu sukni tej.
Kokardy, piękne kokardeczki. Kunszt jest nie do podrobienia. I taką staram się widzieć modę po dzień dzisiejszy, będącą pełną genialnych (i stosunkowo tanich) materiałów, obszytą perfekcjonizmem wykonania i dobrego wykończenia.
Gdzieś zostało napisane, że sektor mody rozkwitł w latach międzywojennych
i w okresie po II wojnie światowej. Niestety, dwie ostatnie dekady to blednące promieniowanie przygasającego Słońca (w znaczeniu świata) .
Dziś, dokładnie dziś, świat mody serwuje nam „barokowe dzieła”.
„Wielcy” służą czasem, spełniają marzenia, ale oczekują sutego wynagrodzenia. Chriastian Dior czy Valentino, bowiem tylko oni są godni, to geniusze swojego fachu, ale też asy „Wielkiego Krawiectwa”.
Haute couture powinno być dostępne w wersji „cheap and chic”, jednakże nie jako „prêt-à-porter”, a jako niższy label, tak aby przeciętni śmiertelnicy mogli zasłużyć na odrobinę wypracowanego „luksusu”. Czy mam rację? Oczywiście, choć jest to wtrącenie nie na miejscu. Żyjemy na krechę, kupujemy za dużo i pragniemy uznania w oczach tych rzekomo „lepszych i fajniejszych”.
Cofam się w rozrachunku. Nie będę górnolotna i nie oczekuję wyglądu ponad miarę swoich możliwości. Nie zachłysnę się mówiąc, że marka „F&F”, a dokładniej „ta z TESCO” jest dość okay pod względem jakości, wykonania i ceny. I to ona tworzy „zdrowy romans”, mogący znieść kwas - ludzką krytykę, pomiędzy nami a modą, niewygórowaną modą.
Niegdyś, kilka lat temu, ubóstwiałam hiszpańską sieciówkę „ZARA”. W Polsce była to marka optymalna dla każdego, natomiast czym jest ona teraz? Małym domem (wielkiej) mody, ultra wysokimi cenami i nie do końca akceptowalną jakością. I my wszyscy JĄ kochaliśmy do czasu... Teraz marka nie gra fair play. Wykorzystała znak towarowy „Christian Louboutin” i miała tupet, aby sądzić się z obuwniczym bóstwem mody. „Relacja” byla wprost idelana, ale upadła, bowiem szczera miłość musi się na czymś opierać, prawda?
A skoro brnę, to czy Maja Sablewska jest dobrą reklamą dla MOHITO?
Reprezentuje styl nie z bajki tej marki, zatem nie może być mowy o udanym partnerstwie. Idąc wytyczoną sobie drogą, nie przemilczę Katarzyny Tusk. Nie mam nic do bloggerek, bo i sama nią jestem, jednakże chwalę słowa Pani Joanny Bojańczyk, że „... styl na ZARĘ jest żadnym stylem”. Zatem pytam „No, i co z tą modą Pani Kasiu? To chyba nie o takie „połączenia” nam się rozchodzi?”.
I w sumie mogłabym tak się rozwodzić w nieskończoność, ale... moda i jej relacje, to nie tylko polski rynek i moja opinia.
Może warto zapytać: A jak to dzieje się na Wschodzie? I niekoniecznie takim już dalekim. Najprawdopodobniej Chiny osiągną swój cel i staną się drugą potęgą przemysłu luksusowego, pozostawiając w tyle Japonię. Chińczycy przodują nie tylko w kupowaniu. Inwazja azjatyckich talentów na rynku europejskim nie jest zła, tylko czy musi być ona w takiej skali? My jako Unia bardzo chętnie otwieramy się na nowości, ale nie żeby ONI zalewali nas dosłownie.
Pociągnę i dorzucę coś jeszcze. Naszywka „Made in China” nie wywołuje smutku, kiedy kupuję sweterek polskiej, aspirującej do bycia "trochę wyższą" marką, jednakże „Made in EU” na koszulce od „Dolce and You” jest już inną bajką. Staram się pojąć nową politykę branży luksusowej, która została zachwiana kryzysem ekonomiczno-gospodarczym z lat 2008-2010, niemniej luksu musi pozostać luksusem.
Po raz n-ty czytam pytanie Patrizio Bertelli, dyrektora generalnego Grupy PRADA NV, „What do you care where I make my shoes?” i średnio czuję ochotę, aby rozwodzić się dalej, „on & on” nad powyższym wpisem, bo nie widzę szans na przetrwanie romansu DROGICH rzeczy Z BIEDNYMI krajami.
Moda, moda… Zgubna moda…
Nie bez powodu powracam myślami do przeszłości i po raz kolejny przywołuje Azjatów.
Słynna Coco Chanel projektowała dwie sezonowe, bardzo bogate ilościowo kolekcje.
I klientela kupowała. Sadzę, że nikt nie narzucał swojego zdania, że tylko „dwie kolekcje” wchodzą do modowego obiegu.
Dzisiaj, jest troszeczkę inaczej. Sklepów, a może bardziej elegancko „boutique” jest pod dostatkiem.
„Wystrojowe” kolekcje sklepów zmieniają się raz na dwa tygodnie, i nie widzę w tym nic zdrożnego, tylko cykliczność mody (tutaj mam na myśli trendów) jest nienaturalna.
Do niedawna musiało upłynąć minimum od 10 do 15 lat, aby jakiś trend zatoczył koło, wchodząc do obiegu, rozwijając się i nieuchronnie upadając. Lakierowane, szerokie paski były „cool” pięć lat temu, a na zbliżający się wiosenno-letni sezon, na nowo są lansowane przez francuski „higher level” brand. Takie rozwiązanie „mnożenia trendów” bez liku wydaje się być okay, bowiem mogę zaoszczędzić pieniądze i pozostać „na topie”. Z drugiej jednak strony, przesyt modą (stylami) wywołuje niestrawność, bo chyba nie chodzi o to, aby „wszystkiego było w brut”, nie wspominając o Azjatach...
i ewentualnych powiązaniach.
Raf Simons powiedział, że „XXI wiek nie zaczął się w roku 2000 – zaczyna się teraz, w czasach niepewności” .
Moda lubi flirtować, zawierać przelotne romanse, jednakże nie wszystkie są dla niej pożyteczne. Potrafi też mścić się i bezlitośnie odrzucać „dobrych, aspirujących i zmęczonych” w niepamięć.
Natomiast ja uważam, że wszystko, co przytrafia się światu mody ma swoje uzasadnienie, nawet jeśli z czasem, „ta krótka znajomość” kończy się niepowodzeniem.
Wszystko, co „doświadcza” modę, tworzy naszą kulturę i uczy projektantów.
... Skromnie tylko dodam, że po burzliwej miłostce, „back to basic” może się okazać najlepszym rozwiązaniem i wskazać drogę na nowy związek.
czwartek, 27 września 2012
Konkurs
poniedziałek, 17 września 2012
Oto i ona, Marta Boliglova
O czym tu pisać? O Marcie czy chaosie? A może o Chaos'ie Marty Boliglova?
Miało być hucznie, tak fantastycznie, nawet pysznie. A wyszło tak zwyczajnie. Początkowo pomyślałam "Poznańskie vanity fair" i próżny ten, kto pomyśli, że "chodzi o przerost formy nad treścią", jednakże organizacja to nie jest mój kawałek chleba.
Miniony week-end miał pewne, dobrze ogłaszane wydarzenie "Celebration Fashion Festival". Mnie jednak zabrakło i Celebration i Fashion- przynajmniej tej na miarę tak dobrze rokującego eventu.
Plus to atrakcje. Młoda następczyni Lany del Rey czy początkujący projektanci (naszej) mody, którzy bez skrępowania pokazali swoje modele, mając
(w przysłowiowym) nosie krytykę niezainteresowanej publiczności. Ja jednak czekałam na Martę Boligłowę.
Poznańska projektantka tworzy od roku. W końcu odnalazła siebie, zrobiła szach & mat - który stanowi jej markę "Chaos by Marta Boliglova". I jest to nazwa definiująca treść, jej treść.
Bezcelowo szukać minimalizmu, Chanel'owskiej klasyki czy harmonii (u) projektów. Jest ostro, drapieżnie i całkiem smacznie. Pierwsze jej projekty, rzeczę "początkujące kroki" - sukienki. Teraz, po roku i kilku sukcesywnie,
i z pełnym sukcesem wydanych kolekcji, jest "z pazurem". Sama Ona jest marką, przywdziewając model - sukienkę z piórem, z cekinami, która z czasem może stać się "klasykiem" jak "mała czarna". Ironia? Nie, po prostu talent Pani Marty.
Wyjątkowo cierpliwie czekałam na najnowszą kolekcję "Military Glam".
Preview nie zadowolił Klientek, natomiast jej całość robi "wow". A moje "wow", to przede wszystkim jakość. Doskonale skrojone materiały i drobiazgowość. Wymieniam dalej, i stawiam na TOP'owość, zatem burgund i khaki? Zieleń? Nie, to przecież ultra modny militarny kolor.. Nie bez kozery :)
Wykończenie musi być na temat, i dołączają odznaki na kaszmirowych plecach. Toczki? Sa dostępne w Chaos'ie.
Nie mogło zabraknąć mojego ulubione zestawu, a wiec połączenia "góra i dół". Mam na myśli spodnie & surdut w wężowym wydaniu. Kolejne brawa, to spodnie z srebrzystym blaskiem. Prosta bluzka? W kolekcji u Marty, ale z materiałem nakładającym się na plecach.
Projektantka wybrała również koronki, pojawiła się akcentowana beżowa sukienka z złotym obszyciem, czy aksamitny płaszcz na wzór angielskiego trencza.
Nie bez powodu, kolekcja Marty została przedstawiona na samym końcu, bowiem to co najlepsze.. zawsze jest na końcu.
Czy było nachalnie? Z czymś przesadziłam? Chyba nie, po prostu kolekcja "Military Glam" zachwyciła mnie od pierwszego projektu.
Już niebawem będę więcej i bardziej punktualnie publikować, a tymczasem żegnam Was.
Uszanowania,
as
Podziękowania dla Pani fotograf, Ani Szubert (www.bizzarestudio.com) za udostępnienie zdjęć.
niedziela, 16 września 2012
czwartek, 9 sierpnia 2012
Najlepsi w akcji!
HC zawsze będzie nieziemskim tworem, dobrym. Nawet, jeśli ktoś, kłapać będzie, że doroczna szopka jest bez sensu.
Święta ósemka Najlepszych rozmnaża się, ale czy płynie w dobrze-obranym kierunku? To jest dopiero pytanie... na miarę Versace?
Premiera marki była typowa, bardziej medialna. Jej wartość mogłaby wnieść do świata mody coś więcej, aniżeli za wyjątkiem imienia.
I po raz to już kolejny nie wiem (czytaj, nie rozumiem), o co jej chodzi. Są skrajności, mini & maxi, jak u Giambattista Valli, jednakże to u "Niej" nic nie trzyma się... kupy.
Wyższe, przepasane buty; kolorowe płaszcze i niespójność materiałów. Zbyt pstrokato. A może to ja jestem "na nie"?
Bardzo fajnym i top'owym akcentem jej mody jest złoto i opinające (bez pardonu) sukienki. Chwalę tylko szczupłe modelki i kończę z nią już.
Armani Privé to według mnie... Francja, zatem "nie może być lepiej", lecz nie do końca tak się dzieje.
Aktualna kolekcja, to przede wszystkim przecudowna kobiecość. Bliźniacze połączenia, zatem mam na myśli uniwersalizm w wyborze kroju najlepszego dla nas, i minimalizm (ha, zaryzykuję) à la COS.
Jego zima należy do wyblakłych odcieni niebieskiego i fioletu ("SIMPLE CP" również ma to i u siebie). Szerokie nogawki u spodni i skromne czółenka jak u ZARY. Materiały pociągające mój wzrok w bardzo niedobranym połączeniu. Nie pozostał obojętny na akcesoria i wznoszę oklaski za ozdobienie głowy.
Jestem pełna radości oglądając tak dobrze skrojoną i przygotowaną kolekcję. Nie on jeden zdaje się być prekursorem szarości & granatów, jako kolorów - kolejnych (do dodania) klasyków. I mała niecodzienność, bardzo liczna ilościowa kolekcja... Kolejny niewymuszony "plus".
Moja skromność, to Bouchra Jarrar, która mnie nie urzekła. Biel, czerń, camel'owy i może jakiś inny kolor- to przede wszystkim. Motyw przewodni stanowi pasek i nicość. Kolekcji nie potrafię zdefiniować czy nawet opisać, a tym bardziej przypisać do istniejącego trendu, może za wyjątkiem "wszystko in 1"?
Chanel od dawna mnie nie pociąga i po raz to już kolejny zabraknie jej w mojej publikacji. Jednakże, w załączeniu kilka projektów.
A może to Karl Lagerfeld wypala się? ;)
Kolejnym rzemieślnikiem mojego artykułu jest Dior, dobry Dior. Nowy (trzy-sezonowy) projektant odświeża markę, ale i dodaje jej nowych kolorów, wypierając trochę leciwe barwy. Jego kolekcja jest NIE Z TEJ BAJKI.
Nie kojarzę, aby kiedykolwiek wcześniej CD oparł się o prostotę? A tutaj, jak na wymalowanym obrazku, są spodnie 7/8 w kant w połączeniu z sukienkami. Inny przykład, to otwierające pokaz czarne garnitury. Różowa sukienka na bardziej "właściwe śniadanie" czy suknia na galę, której to nie krój, ale materiał wywoła zdziwienie.
Kolekcja jest miksem. Mnie osobiście, najbardziej podoba się odniesienie do lat 50. Nie może być inaczej, bowiem ten właśnie okres, to kwintesencja CD.
Gimbattista Valli kamufluje się. Przyozdobił buzię, kryje twarz.
Trzyma się innego trendu, a mianowicie swojego własnego. Wyolbrzymił naturę. Jest ona wszechobecna na każdym, pojedynczym projekcie.
"Fuego" i zieleń są wpisane w kanon, niemniej on nadał im nową rolę.
Kwiecistość to wzór, ale i zdobienie. Nie marnuje natury, a kolory ziemi przyozdabia listkami, złotymi.
Powinniśmy korzystać z basic'u jaki daje nam świat, bowiem w połączeniu z małym kunsztem dzieją się wielkie rzeczy, trudne w opisaniu. Brawo.
Givenchy jest jeden i ten sam. Ta sama bajka on & on. Jedno miejsce, dziesięć projektów.
Jean Paul Gaultier nie został wspomniany, bowiem "kabaretowa kolekcja" jest żartem (jego) Wielkiego formatu, ale nie mojej publikacji. Choć warto dodać, że "modowe portfolio" jest bardzo bogate i jako rodzynek stworzył modele i dla Panów.
Maison Martin Margiela to nowość, który nie został tak hucznie i barwnie powitany jak dorodna pani Donatella.
Kilkanaście projektów, kilka z nich zostanie okrzykniętych "NAJ". Kontynuuje koronkowy trend i w bardzo odważny sposób chowa swoją twarz.
Trend "buzi" (jakkolwiek chcemy go definiować) narodził się u MOSCHINO. Świat to polubił (tudzież kupił) i mnoży dalej bez końca.
I przyszedł najbardziej właściwy czas, aby przedstawić Państwu "Valentino".
Kolekcja jak najbardziej spektakularna i różnorodna. Kolejny on, który koncentruje się na darach Ziemi, ale nie tylko. Dodał granat, bordo i czerń.
Nie mógł pozostać obojętnym na delikatne drapowania, przezroczystość czy bogactwo tiulu. Spodziewałam się kolekcji na miarę "Ojejku, zakochałam się", a wyszło dobrze.
Jestem zadowolona z mojej publikacji i skromnie żegnam się!
Pozdrawiam,
as


















































